W sieci chaosu i stereotypów. O lekcjach etyki w szkołach

Piszę ten komentarz świeżo po lekturze dwóch tekstów, jakie się ukazały w Rzeczpospolitej i na portalu Tokfm.

Jestem nauczycielem etyki. Jestem też od ponad 10 lat e-dydaktykiem, czyli uczę przez Internet. I mam juz dość czytania o sposobach rozwiązania „problemu” wprowadzenia etyki do szkół.

Od lat Ministerstwo Edukacji Narodowej nie potrafi i nie chce rozwiązać tego w gruncie rzeczy nieskomplikowanego problemu. Wieloletnia niemoc, przykryta szatą chaotycznych, ad hoc podejmowanych decyzji, doprowadziła do obecnej sytuacji, w której nikt nie jest już w stanie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi o kilka prostych spraw.

I. „Obowiązkowe” lekcje etyki.

Narastający przez lata urzędniczy chaos doprowadził do sytuacji, w której to ja - nauczyciel - pytany jestem przez szkolną administrację, „jak to z tymi lekcjami etyki jest: są obowiązkowe, czy nie są?”. W normalnym świecie to pracownik szkolnej administracji informuje nauczyciela o obowiązujących przepisach i planowanych lub wprowadzanych zmianach. W przypadku lekcji etyki nie istnieje, jak widać, ostra granica między tym, co normalne i nienormalne.

Dlaczego tak jest? Kto odpowiada za opisany chaos w tym segmencie edukacji? Oczywiście są to urzędnicy, którzy nie potrafiąc odnaleźć się w ideologicznym sporze, uciekli od odpowiedzialności oferując rozwiązanie na wskroś oryginalne: lekcje etyki stają się obowiązkowe z chwilą złożenia przez rodziców ucznia dobrowolnej deklaracji, że córka/syn nie będą uczęszczać na szkolne lekcje religii, a będą - na etyki.

Gwoli rzetelności bowiem powiedzieć niezorientowanym wypada, że rodzic/uczeń ma trzy, a nie dwie opcje do wyboru: chodzić na lekcje religii, chodzić na lekcje etyki lub nie chodzić na żadną z powyższych. Dla dyrektora szkoły trzecia opcja jest, wbrew pozorom, najbardziej kłopotliwa - musi bowiem wprowadzić rozwiązanie, które da pewność, że uczeń/uczennica w czasie „okienka” nie wyjdzie ze szkoły i nie zrobi czegoś głupiego. Powinien zatem zorganizować np. godziny w czytelni szkolnej biblioteki, co zazwyczaj jest oczywiście fikcją, bowiem dzisiejsi uczniowie i uczennice mając do dyspozycji trzy kwadranse wolnego czasu, jedynie w akcie największej desperacji wybierają się do szkolnej biblioteki, a najczęstszą praktyką pozostaje przeczekiwanie na korytarzu do następnej lekcji.

Dyrektorom szkół nie pozostaje często nic innego, niż wywieranie nieformalnego nacisku na uczniów i uczennice, którzy nie uczęszczają na lekcje religii, i wbrew przepisom zmuszanie bogu ducha winnych istot do uczestnictwa w lekcjach etyki. Jest to działanie absurdalne z dwóch co najmniej powodów: 1. Uczniowie i uczennice przymuszeni do lekcji etyki oporują, jak tylko mogą, co stanowi nie lada problem dla nauczyciela usiłującego poprowadzić lekcję w formie wolnej dyskusji. 2. Zmuszanie wbrew przepisom uczniów i uczennic do lekcji etyki kłóci się z głównym przesłaniem lekcji etyki...

II. Wojna etyki z religią.

Wyżej opisany absurd urzędniczy ma, rzecz jasna, głębsze korzenie. Napisałbym, iż to korzenie ideologiczne, gdybym w to wierzył. Ale nie wierzę. To nie ideologia - to niewiedza i bezmyślność. Doprowadzić do sytuacji, w której uczeń szkoły podstawowej, gimnazjalnej, technikum czy liceum może uczęszczać albo na religię, albo na etykę (taka jest wszak codzienna praktyka) mógł jedynie ktoś pozbawiony zwyczajnie podstawowej wiedzy na temat tego, czym jest etyka. Oba te szkolne przedmioty nie mają sprzecznych programów nauczania, mają programy wzajem uzupełniające się. Piszę w tej chwili o katolikach, którzy mogliby wyrazić chęć uczestnictwa w lekcjach etyki, gdyby ich do rzeczonej nie nastawiono wrogo. Rzetelnie prowadzone lekcje religii mogą dać uczniowi fundament wiedzy na temat wyznawanej religii, rzetelnie prowadzone lekcje etyki - fundament wiedzy na temat aksjologii: wiedzę o świecie wartości i pakiet umiejętności prowadzenia rozmowy o podejmowanych na co dzień decyzjach, wyznawanych poglądach i przekonaniach, umiejętność uzasadniania wyrażanych ocen etycznych. Gdzie tutaj widać programową sprzeczność między omawianymi przedmiotami? Gdzie znaleźć racjonalne uzasadnienie niemożności uczęszczania zarówno na lekcje religii, jak i etyki? Nie wiem, doprawdy nie wiem.

Wiem natomiast, jakim barbarzyństwem jest wciskanie etyki w gorset światopoglądu laickiego, antyklerykalnego, antyreligijnego. Czy Józef Tischner naprawdę był tak fatalnym etykiem? Po co ta wojna?

III. Nowy, wspaniały program nauczania etyki.

MEN oznajmiło, że niewiele się zmieni, dopóki nie zostaną wprowadzone kolejne nowe programy nauczania. Kolejne remedium na całe zło sytuacji etyki w szkole. Urzędnicy jak zwykle popełniają prosty logiczny błąd myląc rację z następstwem. To nie nowe programy nauczania i nowa podstawa programowa uleczą chorą sytuację edukacji etycznej w szkole. Pierwszym, koniecznym do wykonania krokiem jest podjęcie decyzji dotyczącej obowiązującego statusu lekcji etyki w systemie oświaty. Czy mają być rzeczywiście obowiązkowe (i powszechne)? A może powinny zostać zastąpione regularną i powszechną edukacją filozoficzną na każdym, od najniższego, etapie edukacji? Sukcesy projektów takich, jak Lego-logos Jarosława Spychały, przekonują dobitnie, że istnieje wyraźna potrzeba edukacji filozoficznej w polskiej szkole. I trudno znaleźć prawdziwy powód, dla którego polskie dzieci (w przeciwieństwie do niemieckich czy francuskich) nie miałyby tej potrzeby zaspokajać w trakcie lat obowiązkowej nauki... 

Dla nieprzekonanych tego typu argumentami, pozostaje zawsze nieśmiertelne odwołanie się do „kryterium przydatności”. Filozofia jako przedmiot kształcący postawy refleksyjne, ale twórcze, aktywne i poszukujące - czy nie takiego przedmiotu potrzebuje polska oświata „produkująca” przyszłych pracowników na zmieniający się jak w kalejdoskopie rynek pracy?

Gdy już odpowiemy sobie na te pytania o potrzebę i kształt edukacji etycznej/filozoficznej w polskiej szkole, wówczas zasadne będzie podjąć działania w celu określenia podstawy programowej, programów nauczania i listy podręczników.

Pisanie dobrego programu nauczania lub podręcznika w sytuacji permanentnego chaosu i nieodpowiedzialnych urzędniczych decyzji, jest wyrazem tylko i wyłącznie dobrej, twórczej woli autora. Nie daje się natomiast obronić w żaden systematyczny (systemowy) sposób, bowiem nie ma żadnego stałego punktu odwołania, który mógłby stanowić kryterium oceny. Są osoby, które podejmują ten wysiłek, ale będzie on dopóty - systemowo, nie indywidualnie - próżny, dopóki MEN nie określi zasad funkcjonowania etyki w szkole. Ile jeszcze można wyprodukować programów nauczania i podręczników porządkujących materiał nauczania w przypadkowe moduły? Jak długo jeszcze da się żonglować tymi samymi, nieuporządkowanymi w czasie treściami? Dopóki MEN nie określi linearnie, systematycznie wymogów przedmiotowych dla etyki na każdym poziomie polskiej edukacji, dopóty kształt prowadzonych w szkole lekcji będzie wyrazem swobodnej, twórczej postawy nauczyciela, bez związku z prawidłami rozwoju moralnego i społecznego młodego człowieka.

 IV. E-learning - nowa chorągiewka (bo nie sztandar) MEN

Ten obszar w obecnie toczonej debacie jest dla mnie najważniejszy, bo najbardziej bolesny. I to jemu poświęcę najwięcej miejsca. Jestem praktykiem i najgorętszym sympatykiem nauczania e-learningowego. Nie mogę jednak czytać spokojnie kolejnych zapowiedzi urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej, że „już za dwa lata” „problem” prowadzenia lekcji etyki w szkole zostanie nowocześnie rozwiązany poprzez wprowadzenie e-learningu. Nie mogę spokojnie czytać nie dlatego, iżbym sądził, że to pomysł chybiony. Uważam go bowiem za bardzo dobry. Dostaję gęsiej skórki jednak, gdy słucham, jakie problemy i w jaki to sposób ma rozwiązać wprowadzenie e-learningowych lekcji etyki w szkołach. Otóż czytam w Rzeczpospolitej, że „MEN zamierza wprowadzić możliwość kształcenia na odległość za pomocą e-learningu” na lekcjach etyki, „aby problemem w prowadzeniu tych lekcji nie był brak wykwalifikowanych nauczycieli”. Czyli mówiąc wprost: ponieważ nie ma dzisiaj nauczycieli etyki (co jest nieprawdą - przyczyny „problemów” etyki w szkołach są inne, o czym pisałem już nieco wyżej), to damy Wam narzędzie do nauczania etyki, w którym nauczyciele nie będą potrzebni. Kto takie rzeczy wymyśla? Po jakiej analizie?

Nie dziwię się licznym komentatorom, w tym również nauczycielom, którzy po tak konstruowanej zapowiedzi Ministerstwa, nie potrafią inaczej niż krytycznie odnieść się nie tylko do samej propozycji Ministerstwa, ale do całej idei nauczania etyki metodą e-learningu. Wylewają, moim zdaniem, dziecko z kąpielą. Ale mają do tego święte prawo po tak, a nie inaczej formułowanych uwagach urzędników. Argumentują oni (jak np. Ewa Rutkowska, nauczycielka filozofii i etyki w jednym z warszawskich gimnazjów), że „ten przedmiot opiera się na dyskusji”, zatem w domyśle nie może być prowadzony w odhumanizowanym, wirtualnym środowisku Internetu.

Na tak formułowane uwagi mam zawsze jedną odpowiedź: zerknijcie, proszę, na fora i portale społecznościowe. Sprawdźcie, czy nie są one przypadkiem miejscem „zamieszkanym” w głównej mierze przez Waszych uczniów? Czy ktoś ich do tego zmusza? Czy nie prowadzą tam przypadkiem mniej lub bardziej owocnych (poziom na razie przemilczmy) dyskusji? 

W potocznym mniemaniu utożsamiamy e-learning ze zautomatyzowanym procesem edukacyjnym, który w skrócie sprowadzić można do schematu: „loguję się - czytam/oglądam kolejne ekrany - rozwiązuję test - otrzymuję punkty - zaliczam - wylogowuję się”. Jest to w części uprawniony złą praktyką szkodliwy stereotyp kształcenia metodą e-learningu, a MEN zupełnie nie rozpoznając jego niebezpieczeństw, zamierza go na nieszczęście polskiej edukacji wcielić w życie. Czy jest jeszcze czas, aby urzędnicy się opamiętali? A gdyby to było możliwe, to co można by zaproponować w zamian?

E-learning nie jest jedną, prostą, zautomatyzowaną metodą nauczania. E-learning to cały świat metod, narzędzi i rozwiązań edukacyjnych. Przez 10 lat prowadzenia zajęć na platformach zdalnego nauczania, odbyłem mnóstwo satysfakcjonujących, głębokich, udanych rozmów i dyskusji. Było to możliwe w głównej mierze dzięki metodykom zdalnego nauczania (tak, są tacy), którzy tak zaprojektowali proces edukacyjny, by kluczowym elementem procesu edukacyjnego uczynić prowadzącego kurs e-learningowy, by to jego postawa i aktywność w głównej mierze kształtowały obraz nauczanego przedmiotu oraz wpływały na relacje z uczniami. Albowiem tak, w świecie e-learningu jest również miejsce na tę tradycyjną, cenną relację. Co więcej, z perspektywy rzeczonych 10 lat doświadczeń e-edukacyjnych, skłonny jestem twierdzić, że niejednokrotnie udało mi się zbudować przez Internet z uczniem/studentem relację głębszą i trwalszą niż w edukacji w tzw. świecie rzeczywistym.

Różnice między kontaktem wirtualnym a realnym są oczywiste, ale ich ocena w kontekście edukacji już taka oczywista nie jest. Spójrzmy bowiem na przedmiot, jakim jest etyka. Istotą tych zajęć lekcyjnych jest prowokowanie dyskusji, zmuszanie do namysłu, motywowanie do poszukiwań odpowiedzi i rozwiązań. A gdyby tak tę dyskusję przenieść na specjalnie wyodrębnione, tematyczne forum? Forum wymiany wiedzy, myśli i poglądów. Forum, na którym dyskutuje się nie przez lekcyjną godzinę, lecz - powiedzmy - tydzień. Uczeń ma stały dostęp do tego forum (oraz bogatych materiałów lekcyjnych, również z wolnych zasobów Internetu) i w dowolnej, ulubionej porze dnia lub nocy, loguje się doń i wypowiada. Prowadzący zaś pełni rolę moderatora, facylitatora, czasami prowokatora, czasami cenzora (gdy dyskusja zajdzie za daleko). Tydzień to szmat czasu. Umiejętnie prowadzona na takim forum dyskusja potrafi przerodzić się w arcyciekawą, rozwijającą przygodę.

E-learning nie musi (nie może!) być pojedynkiem „uczeń kontra maszyna”. E-learning to ludzie; to spotkanie myśli, poglądów, przekonań żywych ludzi (uczniów z nauczycielem) w zmodyfikowanym środowisku, które z edukacyjnej perspektywy skrywa w sobie równie wiele pułapek, co twórczych możliwości. Trzeba jedynie tego twórczego sensu e-learningu być świadomym. Wypowiedzi urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej każą wątpić, czy tak jest. Ten, kto zapomina, iż kluczową postacią procesu edukacyjnego w e-learningu (poza zawsze najważniejszym uczniem), jest prowadzący, ten nic kompletnie nie wie o e-learningu oraz o nauczaniu etyki.

 

Appendix:

Na koniec pozwolę sobie na małą dygresję, która naświetla jednak kwestię źródeł funkcjonowania złego stereotypu e-learningu w edukacji. Ten stereotyp nie dotyczy bowiem jedynie szkolnej edukacji, dotyczy on również biznesu na tzw. wolnym rynku zamówień. Wielokrotnie studiując zapisy zapytań ofertowych otwierałem szeroko oczy ze zdumienia nad ich kształtem i absurdalnością. Bo jak inaczej oceniać zapytanie, którego przedmiotem jest budowa i obsługa szkolenia e-learningowego, na którą składają się stworzenie materiałów i narzędzi szkoleniowych (czyli powiedzmy stu „ekranów”) oraz obsługa 2000 kursantów w ciągu trzech miesięcy? Pieniędzy w budżecie na prowadzących szkolenie nie zapewniono.

Moje próby zrozumienia podobnych sytuacji trwały do czasu, gdy trafiłem na szkolenie przygotowujące przedsiębiorców do korzystania z dofinansowania dla projektów innowacyjnych w e-gospodarce (unijno-parpowski program PO IG 8.1). Otóż w ramach tego programu przedsiębiorcy działający w Internecie mogą ubiegać się o dofinansowanie tzw. E-usługi. Rzecz dotyczy również przedsiębiorców funkcjonujących na rynku edukacji. Chodził mi po głowie wówczas pomysł zbudowania dużej ogólnopolskiej platformy e-learningowej służącej szkołom do bezpiecznego i rzetelnego nauczania etyki. Myślałem wówczas naiwnie, że skoro planuję uruchomienie edukacyjnej e-usługi, to mam szansę ubiegać się o to dofinansowanie. Jakież było moje zdziwienie, gdy już podczas spotkania informacyjnego pouczono mnie, że dofinansowanie otrzymać mogą jedynie projekty oparte na zautomatyzowanym mechanizmie „nauczania”. Urzędnicy definiują bowiem e-usługę jako „usługę świadczoną w sposób zautomatyzowany, za pomocą systemów teleinformatycznych w publicznych sieciach telekomunikacyjnych, na indywidualne żądanie usługobiorcy i bez konieczności jednoczesnej obecności obu stron w tej samej lokalizacji". Definicja ta jest stosunkowo prosta i przejrzysta. Ale kryje w sobie mielizny, gdy przyłożyć ją do interesującego nas obszaru usług edukacyjnych. Nie widzę wszak nic zdrożnego w dofinansowywaniu projektów aplikacji czy platform opartych na zautomatyzowanym świadczeniu usług. One są potrzebne i przynoszą pomysłodawcom spore profity, nie trzeba nikogo o tym przekonywać. Jednak stosowanie podobnego schematu do usług w obszarze edukacji wydaje się co najmniej dyskusyjne. W osobnym zapisie administracja informuje, czego do e-usług się nie zalicza i że są to m.in. „usługi edukacyjne, w ramach których treść kursu przekazywana jest przez nauczyciela za pomocą Internetu (połączenie zdalne)". Chciałoby się zapytać, dlaczego? Dlaczego jest dobrą edukacyjną e-usługą ta, która automatyzuje proces przekazywania wiedzy i umiejętności (zapamiętaj, zrób test, zalicz), a nie jest ta, która do mechanizmów i narzędzi obecnych na tamtej dodaje jeszcze wykwalifikowanego człowieka, który nawiązuje kontakt z uczniem / kursantem / użytkownikiem w tym celu, aby spersonalizować i ożywić proces zdobywania wiedzy? Nie wiem, pozostanie to dla mnie nierozwiązaną zagadką.

W moim oglądzie jest to zaprzeczenie idei dobrego e-learningu i nie prowadzi naszej edukacji w dobrą stronę. MEN powielając fatalne schematy PARPowskie, obudzi się za kilka lat z tego snu wariata i zacznie odkrywać, że "coś poszło nie tak", że gdzieś ktoś popełnił błąd, że uczeń pozostawiony sam sobie na platformie e-learningowej nie będzie robił tego, czego odeń oczekujemy. Będzie rok 2020 i jak polska edukacja długa i szeroka zacznie się dyskusja, dlaczego e-learning nie spełnił pokładanych w nim nadziei...

Szymon Iwanowski